FUERTEVENTURA – ZWIEDZANIE WYSPY, CO WARTO ZOBACZYĆ W 1 DZIEŃ

 

Na wstępie, chciałam Was przeprosić za tak długą nieobecność na blogu, ale chyba potrzebowałam takiej przerwy. Na złapanie oddechu, zaplanowanie kilku spraw i przemyślenie czy w ogóle warto tutaj pisać. W międzyczasie, rozpoczęłam pracę nad moją nową stroną (premiera pod koniec września)… Trochę zatęskniłam i postanowiłam wrócić do blogowania. Oczywiście, jeśli będziecie chcieli tutaj zaglądać i czytać ! Być może te posty nie będą pojawiały się tak często, jak wcześniej, ale na ważniejsze teksty dietetyczne, darmowe jadłospisy i relacje z podróży to idealne miejsce.

Ten powrót chciałam zaakcentować postem z Fuerty, którą pokochałam !

——-

Szczerze mówiąc, już zapomniałam, że tam byłam, a w głowie mam kolejne plany na podróże ! Fajnie będzie wrócić na chwilę na Wyspę, zabrać Was na taką małą, wirtualną wycieczkę i przy okazji, powspominać 🙂 Pierwszego dnia, zapytałam Was na Instagramie o wycieczkę zwiedzania wyspy. Wiele osób twierdziło, że trzeba ją zaliczyć, a jeszcze więcej podpowiadało mi, że lepiej wypożyczyć samochód i zwiedzać samodzielnie. Ja byłam za tą druga opcją, ale moja mama woli zorganizowane wycieczki, dlatego poszłyśmy na kompromis i wybraliśmy się grupą 6 osób na wycieczkę z kierowcą. To takie połączenie zorganizowanego wyjazdu z samodzielnym zwiedzaniem wyspy. Według mnie – świetna opcja ! Droższa, niż wypożyczenie samochodu, ale te historie, które nam opowiadał były warte każdego centa.

Jak się okazało, kierowca był Polakiem, który od 15 lat miesza na Wyspie i zna ją, jak własną kieszeń. Zobaczyliśmy (chyba) wszystkie najważniejsze miejsca… Ale po kolei ! Zabieram Was na taką wycieczkę, szlakiem najpiękniejszych miejsc na Fuercie.

Nasz plan wyglądał następująco: najdłuższa plaża Sotavento i pocztówkowy widok Pajara –> fabryka kosmetyków z aloesu –> wydmy w Corralejo –> wioska Lajares –> miasteczko Betancuria

Wyruszyliśmy o 9 rano spod hotelu. Wspominałam już o tym na Instagramie, ale napiszę jeszcze tutaj – zatrzymałyśmy się w hotelu Labranda Cactus Garden na półwyspie Jandia. Nasze zwiedzanie zaczęliśmy od pocztówkowego miejsca w Pàjara – droga zajęła nam około 30 minut. Szeroka plaża, w tle góry, księżycowy krajobraz. Co prawda, spędziliśmy tam jakieś 10 minut – na zdjęcia – i pojechaliśmy dalej, ale trzeba to zobaczyć ! To podobno jedno z ulubionych miejsc fotografów i modelek, które stanowi tło do wielu sesji komercyjnych. Można je też spotkać w filmach i na większości pocztówek. Gdybym była sama, na pewno posiedziałabym tam dłużej i zrobiła całą sesję.

Kolejnym punktem była fabryka kosmetyków z aloesu. Być może jest to ciekawe, ale w takiej samej fabryce byłam na Lanzarote… Zamiast patrzeć na produkcję kosmetyków i słuchać po raz kolejny tego samego (czy Wy też tak nie lubicie nachalnego namawiania do zakupów?!), wolałam kupić kawę i przejść się wokół, żeby napatrzeć się na te widoki. Poza tym, jak tylko będę miała ochotę do świetne kosmetyki z aloesu mogę zamówić w Polsce, nie przepłacając kilkukrotnie.

Natomiast, wrócę jeszcze wspomnieniami do Lanzarote. Tutaj znajdziecie post, w którym opisywałam najważniejsze miejsca na Lanzarote.

W fabryce spędziliśmy około 40 minut i teraz prosto do Corralejo, gdzie przez dobre kilkanaście kilometrów ciągną się wydmy. Szczerze mówiąc, byłam dość sceptycznie nastawiona do tego miejsca. No bo, co niesamowitego może być w stercie piachu ? Przecież na Fuercie z każdej strony są szerokie plaże… Bije się w pierś, bo jak na wstępie opadła mi szczena, tak zbierałam ją przez kolejne kilka kilometrów. Na mnie nie zrobiły wrażenia same wydmy (tam, gdzie tłumy turystów zatrzymują się na zdjęcia), a droga do miejsca docelowego. Wąska, asfaltowa droga, po lewej i prawej stronie wysokie wydmy (momentami miałam wrażenie, ze ten piach na przysypie, haha) i żadnego samochodu przed nami, czy za nami. Coś niesamowitego ! Ten widok psują tylko zaparkowanego samochodu na końcu tej drogi, a szkoda…

I tak, tam trzeba pojechać, to punkt obowiązkowy. Zastanawiam się tylko, jak to miejsce wygląda poza sezonem i czy nadal jest tam sporo ludzi. Próbowałam zrobić zdjęcie tej drogi bez samochodów, ale musiałabym iść dobre kilkadziesiąt kilometrów, a na to niestety nie było czasu.

Prosto z Corralejo, po około 40 minutach drogi, dojechaliśmy do małej wioski Lajares – tam zatrzymaliśmy się na obiad. Fuerta słynie z palonych ziemniaków, koziny, pomidorów i dobrego wina – właśnie to nam serwowano. Podróżując, uwielbiam próbować potraw, które są specjalnością danego rejonu. Na stół najpierw wjechały przystawki – ser kozi, marmolada z kaktusa, pomidory i oliwki. Później były dania główne – ziemniaki w mundurkach, kozina i wołowina z warzywami. Na końcu kawa z ciasteczkiem. Ja wybrałam klasycznie czarną, ale jeśli lubicie słodkie napoje to musicie spróbować leche leche cafe, czyli kawy z podwójnym mlekiem. Na dole filiżanki jest mleko skondensowane, później espresso i na górze pianka ze zwykłego mleka. Podobno świetne, ale mi by to chyba nie przeszło przez gardło.

 

Na mnie oczywiście, ogromne wrażenie zrobiła knajpa (nie wiem jak się mówi na tamtejsze restauracje) – surowe wnętrze, mozajkowa podłoga, rodzinne zdjęcia na ścianach. Co za klimat ! Tak już mam, że zachwycam się często tym, na co inni w ogóle nie zwracają uwagi. Po jedzeniu, piciu i plotach… Pojechaliśmy dalej.

Na powyższym zdjęciu możecie zobaczyć fragment tej genialnej, mozajkowej podłogi !

Kolejnym punktem programu było miasteczko Betancuria. My zatrzymaliśmy się w dwóch miejscach widokowych. Przy jednym (chyba) ze względu na wiewiórki, których było tam od groma. Wchodzą na stopy i szukają jedzenia, haha. Jeśli będziecie w tamtych okolicach to weźcie ze sobą jakieś krakersy lub inne smakołyki. Betancuria to małe miasteczko, kilkanaście domów na krzyż. I właściwie nie wiem czy większe wrażenie zrobiły na mnie te widoki „prawdziwego życia” na Fuercie, czy opowieści naszego kierowcy.

W Betancurii, kierowca zabrał nas jeszcze to zaprzyjaźnionej rodziny, która prowadzi fermę i produkuje sery. Od wewnątrz moglibyśmy zobaczyć fabrykę tamtejszych specjałów, która jednocześnie była prywatnym domem ! Sera niestety nie próbowałam, ale marmolada z kaktusa miażdży system. Oczywiście, na miejscu można było też kupić różne przekąski, sery, alkohole, pocztówki, itp.

No i ostatni punkt programu – czarna plaża Pàjara. Wiecie, że kocham plaże i zawsze staram się ich zobaczyć, jak najwięcej. Najbardziej lubię te małe, dzikie, na które jest ciężko dotrzeć. Tam zazwyczaj nie ma tłumów i można zrobić piękne zdjęcia. Na tę czarną plażę czekałam od samego początku i wiedziałam, że tam pojadę – z wycieczką czy sama… Urok minął, gdy dojechaliśmy. Na zdjęciach robi zdecydowanie większe wrażenie, niż na żywo. Czarny, wulkaniczny piasek, jakaś skała, w tle dwa domki. Będąc na Fuercie, trzeba tam pojechać i zobaczyć, ale spodziewałam się większego wow. Wiele z Was polecało mi jeszcze jaskinie, które ulokowane są 30 minut spacerem od tej plaży, ale na to już oczywiście nie było czasu – strasznie żałuję ! 

Co ciekawe, kierowca opowiadał nam, że zimą plaża jest całkiem zamknięta. Zima Na Fuercie trwa 4 miesiąca – od grudnia do marca i w tym czasie, fale osiągają nawet kilkanaście metrów wysokości, przez co zamykane są wszystkie knajpy w pobliżu, a turyści nie mają na nią wstępu. Pokazywał Nam nawet zdjęciach, na których było widać skałę zalaną w całości wodą – teraz można było po niej normalnie spacerować. Mogę sobie tylko wyobrazić potęgę Oceanu w tym czasie.

A tak wygląda kwiat szafranu, z którego pozyskuje się najdroższą przyprawę Świata ! Tutaj jest jeszcze niedojrzały (o ile tak w ogóle można powiedzieć o roślinie), ale później te fioletowe włoski zamieniają się w żółte, które wykorzystywane są w potrawach. Szafran na Fuercie rośnie w rowach… Tak, też byłam w szoku ! Tamtejsze kobiety zbierają go w określonej porze, suszą i sprzedają w formie przyprawy. 

Jeśli macie w planach podróż na Fuerteventurę i zastanawiacie się nad jakąś wycieczką to uważam, że takie zwiedzanie z kierowcą jest lepszym rozwiązaniem, niż zorganizowana wycieczka na kilkadziesiąt osób. Co prawda, nie mieliśmy zbyt wiele czasu i to jest minus, ale jednocześnie, doskonale to rozumiem, bo kierowca chciał nam pokazać, jak najwięcej. Fuerta nie jest wielką Wyspą i można ją objechać w jeden dzień, ale gdybyśmy chcieli zatrzymać się w każdym miejscu, zrobić więcej zdjęć i obejrzeć jeszcze te mniej turystyczne zakątki, trzeba by na to poświęcić 2-3 dni. Tutaj, ogromnym plusem były historie i ciekawostki, które nam opowiadał. Jeździliśmy razem dobrych kilka godzin, a jemu buzia się nie zamykała ! Jeśli tylko będziecie chcieli to tymi ciekawostkami podzielę się z Wami w kolejnym poście.

About The Author: Roksana

Studentka dietetyki, z zamiłowaniem do blogowania, fotografii i mody. Uwielbia podróże. Kiedyś poleci do NY i przebiegnie wzdłuż rzeki Hudson - jedno z wielu marzeń. Wszystko co robi, robi na 200%, wkładając w to całe serducho. Mam nadzieję, że to zauważycie :)

Comments

9 + twenty =

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

19 − 8 =